Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 764 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Santa Maria Novella - czyli kilka słów o włoskim renesansie

czwartek, 18 września 2014 12:38
Skocz do komentarzy

Ustawione przodem do krzątających się pasażerów i pracowników dworca, nosy lokomotyw na dworcu Santa Maria Novella we Florencji stają się coraz dłuższe. Pociągi linii lokalnych (a przy tym powolnych) ciągnięte są przez lokomotywy o płaskich przodach. Pojawia się wariant średni, bardziej aerodynamiczny. Wreszcie - duma włoskich kolei, nowe Pendolino (które za kilka miesięcy zagoszczą też na polskich, niedostosowanych do wysokich prędkości, torach). Nieco przybrudzony i nadszarpnięty zębem czasu dworzec zwraca uwagę... a właściwie nie zwraca, przynajmniej nie większości ludzi. Mimo pokaźnych rozmiarów stosunkowo cicho i skromnie wkomponowuje się w zabytkowe otoczenie nie ignorując kontekstu w jakim powstał. (Powiedzcie to niektórym polskim architektom i deweloperom!) Nawet kolor stacji, czy to siena czy umbra, zlewa się z otoczeniem. Gdyby zdjąć z niej kurz, imponowałaby przestrzenią, światłem dobywającym się przez przeszklenia. Zwracałyby uwagę detale. Tak było zapewne w latach dwudziestych, kiedy dworzec Santa Maria Novella powstawał, jako projekt grupy Toskańskiej. Prawdziwą zaletą budynku jest też jego funkcjonalność. Wspomniane pociągi stoją „jak na dłoni”, w przestronnym holu dworca, który nazwę swą zawdzięcza znajdującemu się obok kościołowi.

 

Tam też, do świątyni, może skierować swoje kroki wysiadający z pociągu pasjonat renesansu, a może tylko zaciekawiony tamtą epoką i miastem, w którym owa się narodziła, turysta. Czego w tym kościele nie ma? Jest krucyfiks stworzony przez Giotto. W okresie poprzedzającym renesans był to twórca, który chyba po raz pierwszy od starożytności malował świat zaobserwowany, nie zaś... wymodlony i opierający się na sztywnych kanonach rysowania postaci. Co prawda jego rewolucyjne podejście, być może nie jest widoczne w takim stopniu na rzeczonym krucyfiksie, jak w jego licznych freskach. Katedra w Padwie jest nimi wypełniona po brzegi. We Florencji możemy je podziwiać w kaplicy Santa Maria della Croce. Postacie obecne na freskach Giotto są zbliżonej wielkości (niezależnej od statusu, hierarchii), miejscami nachodzą na siebie (nowatorskie użycie tzw. perspektywy kulisowej), w niektórych przypadkach możemy też obserwować ich półprofile, czy nawet... plecy! Widać też perspektywę umowną budynków (jeszcze nie dość dokładną, jak w późniejszym renesansie).

 

Ale Santa Maria Novella to nie tylko Giotto (zresztą wszystkich znakomitych artystów, którzy pozostawili tam swój ślad nie wymienię). Jest też dzieło autorstwa Masaccio, w którym po raz pierwszy użyto perspektywy rzeczywistej, która narodziła się w renesansie. Powiadają, że w tym fresku wykreślał ją przyjaciel artysty, architekt Brunelleschi. Masaccio żył tylko dwadzieścia sześć lat i pozostawił tylko cztery dzieła (a przynajmniej takie, których autorstwo można mu bezsprzecznie przypisać). Mimo to jego freski stały się nauką dla rzesz malarzy, którzy studiowali jego twórczość przychodząc ze szkicownikami w takie miejsca, jak kościół Santa Maria Novella. Masaccio też jako pierwszy użył „chiaroscuro” czyli delikatnego światłocienia, jaki możemy podziwiać także w później powstałych dziełach autorstwa da Vinci, Rafaela, Michała Anioła i wielu, wielu innych. Masaccio też dał figurom cienie pod stopami, dzięki którym przestały być “zawieszone” gdzieś w przestrzeni. To właśnie powstanie fresków Masaccio niektórzy typują na początek renesansu. (Dla innych jest to data 1401, czas konkursu na drzwi do baptysterium znajdującego się przy katedrze florenckiej, o czym za chwilę.)

 

Artysta renesansu uczył się patrzeć na nowo, oddalając się od kanonów malowania zaczerpniętych z Grecji. Inspirował się starożytną rzeźbą, tworzył też własne, jak chociażby Donatello (rzeźbiarz z tej samej „paczki” co Masaccio i Brunelleschi) czy Michał Anioł. Zwracał się ku malarstwu, które ocalało ze starożytności na wazach, z delikatnym konturem postaci. Powrócił też do takich starożytnych wynalazków jak perspektywa powietrzna: obiekty w oddali tracą na kontraście, nasyceniu, wyrazistości, a ich barwa staje się chłodniejsza, nabiera błękitu. Twórcy epoki stworzyli też własną perspektywę, geometryczną, w której wszystkie linie zbiegają się w jednym punkcie. Ta perspektywa zwana jest zbieżną, niekiedy trafia się też na określenie “renesansowa”.

 

W kościele Santa Maria Novella możemy też podziwiać (ponoć pierwszy) obraz Uccello, malarza dziwnego, nieco może surrealistycznego (choć właściwy surrealizm narodził się w XX wieku), przejawiającego obsesję na punkcie perspektywy, a także symetrii i harmonii proporcji. Jego sceny bitewne często porównywane są do figurek na planszy. Rumaki nie wiele mają wspólnego z autentycznymi, żywymi końmi – w czym Uccello ucieka od „wytycznych” nowej renesansowej sztuki, która nade wszystko ceniła sobie obserwację, realizm. Również barwy na obrazach artysty tworzone są „z głowy” a raczej „z kontekstu”, wynikają z zestawienia z innymi barwami obecnymi na obrazie. Malarz przez pewien czas zapomniany został na nowo odkryty przez surrealistów i kubistów, w XX wieku.

 

Warto dodać, że właściwie dopiero dwudziesty wiek powraca malarsko do pewnych rozwiązań przedrenesansowych. Mam tu na myśli zanik perspektywy zbieżnej, czy też spłaszczenie przestrzeni. Spójrzmy pod tym kontem chociażby na obrazy Matisse'a. Być może  odwrót od renesansowej perspektywy wynikał z dużego już rozwoju fotografii w XX wieku, która w  realistycznym odwzorowaniu rzeczywistości była właściwie, po pierwsze: bezkonkurencyjna, po drugie: niemal błyskawiczna (w porównaniu z procesem malowania)? Chociaż można dodać, że dorobek renesansu jest w obrazach Matisse'a obecny: przestrzeń istnieje, tylko ulega deformacji dla uzyskania większej harmonii kształtów i proporcji. Zupełnie jak w obrazach Uccello, chciałoby się powiedzieć. 

 

Wychodzimy z kościoła i kierujemy swoje kroki ku katedrze zwieńczonej wielką (pokraczną?) kopułą. To arcydzieło inżynierii przypisywane jest Brunelleschiemu. Rzeźbiarz/architekt pracował nad projektem stworzonym sto lat wcześniej. W jego gestii była technologia i materiały, które posłużyły do stworzenia największej od czasów starożytnych konstrukcji tego typu. Na potrzebę budowy stworzył przy tym maszyny, które szkicował zafascynowany nimi, młody wówczas, Leonardo da Vinci. Obok katedry znajduje się wieża, którą (na długo przed wybudowaniem kopuły) wznosił starszy już Giotto, wówczas bardzo sławny, posiadający własną szkołę malarską. Tuż obok, budynek baptysterium zwraca uwagę wrotami ozdobionymi niezwykle złożonymi płaskorzeźbami z brązu. To zlecenie pochłonęło ponad dwadzieścia lat życia jego twórcy, Lorenzo Ghibertiego. Przegrana Filipa Brunelleschiego w konkursie na wspomniane wrota, sprawiła być może, że ten rzeźbiarz/architekt ostatecznie skupił się na drugiej ze swoich specjalności na zawsze zapisując się w kartach historii sztuki i architektury. (Wtedy też, w 1401 roku, umownie, dla niektórych, rozpoczął się okres renesansu.)

 

Dzień naszego pasażera, który wysiadł z dworca Santa Maria Novella, płynie dalej. Jeżeli nie stał w kolejce do katedry (albo na wieżę), być może zdąży jeszcze do ogromnej Galerii Uffizi. Może sprytnie zawczasu zarezerwował bilet? Czegóż tam nie ma? Przede wszystkim widać przemianę sztuki gotyckiej (a może stylu międzynarodowego czy szkoły sienejskiej?) w coś zupełnie innego – wspomniany renesans. Jednak granice pomiędzy trendami nie są aż tak wyraźnie wytyczone, jakby zdawać się mogło. Podczas gdy niektórzy malarze tworzyli wyraźnie „nowe” obrazy, oparte na obserwacji rzeczywistości, antycznych wzorcach, eksperymentach z medium, ci bardziej tradycyjni przyswajali sobie tylko niektóre nowinki malarskie. W starszego typu obrazach (czy ołtarzach) pokazywanych w Uffizi, możemy czasem dostrzec a to światłocień na twarzy (zamiast wykreślonych na modłę grecką, bardzo wystylizowanych, rysów twarzy), a to skrót perspektywiczny czy perspektywę umowną budynków. Gotyckie rozwiązania to zaś złocenia (ołtarze wręcz niekiedy kapią złotem), hierarchiczność postaci (im ważniejsza osoba, tym większa) ich rozmieszczenie (stoją obok siebie, twarzami do nas, nie nachodzą na siebie nawzajem, a już – broń Boże!- nie odwracają się do nas plecami).

 

 Osobnym przypadkiem, można tak chyba powiedzieć, jest Botticelli: niby malarz renesansowy pełną gębą, jednak nie korzystający z wynalazku perspektywy, nie wrażliwy na „perspektywę powietrzną” i dopuszczającym deformacje wykreślanych przez siebie figur. Zauważyć można, że twarze powstałe pod pędzlem mistrza mają czasem pewną deformację w postaci przechylonej osi oczu. Widać to nawet (w nieco mniejszym stopniu) w jego największym dziele, „Narodzinach Wenus”, znajdującym się w Uffizi. Centralna (a zarazem tytułowa) postać jest zresztą celowo na bakier z anatomią, skłaniając się raczej ku ideałom piękna, niż ku rzeczywistości. Kompozycja dzieła jest bardzo przemyślana i niezwykle harmonijna. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że jest w tym obrazie coś ponadczasowego. Gdzieś już widziałem taką harmonię. Czyżby u (wspomnianego już) Matisse'a? Zresztą z największą przyjemnością patrzę na lewą i prawą stronę obrazu, nie zaś na środek. Może dlatego, że z prawdziwą zmysłową kobietą (wedle naszych kanonów) Wenus Botticellego niewiele ma wspólnego?

 

Dostrzegając nowatorstwo malarstwa renesansu, możemy też wspomnieć o niedociągnięciach. Wygląda na to, że wiele postaci malowane było na zasadzie: osobno korpus, osobno (kiedy indziej, później) twarz. Zresztą była to często twarz zleceniodawcy występująca w roli jakiegoś świętego z biblii. Zresztą można tu dostrzec analogię do współczesności: kto inny gra w hollywodzkich filmach twarzą, kto inny daje postaci np. pośladki, jeszcze kto inny pojedynkuje się w kaskaderskich scenach i tak dalej. Wędrując z sali do sali, oglądamy też nieprzebrane zastępy świętych, sceny biblijne. Pojawiają się też skserowane aniołki przyozdabiające narożniki kompozycji. Zapadają w pamięć nieliczne obrazy da Vinci (w tym jedna podmalówka), niezwykle wysublimowany światłocień Rafaela, obrazy Michała Anioła, które przypominają jego misterne rzeźby po których przesuwają się świetlne refleksy nieco na modłę oddalonego o kilka wieków w przód, impresjonizmu. Obrazy Michała Anioła z ich wyrazistą kolorystyką dają też początek trendowi manieryzmu. Kolorystyka ta zresztą nie każdemu przypada do gustu. Spotkałem się z opiniami studentów malarstwa, dla których sklepienie znajdującej się w Watykanie Kaplicy Sykstyńskiej prezentowało się kiczowato z jego “cukierkowymi” kolorami. Ciekawe w tym kontekście jest, że rywale Michała Anioła zacierali ręce, kiedy rzeźbiarzowi powierzono dzieło malarskie (w dodatku takich rozmiarów). Sądzili, że potknie się na tym zleceniu. Sam zainteresowany odszczekiwał się natomiast: najważniejszy jest rysunek, reszta (kolor) to “siki małpy”. Sklepienie wymalował sam, własnoręcznie, bez pomocników, osiągając przy tym wielki sukces i uznanie.

 

Tymczasem, przemierzając dalej sale galerii Uffizi, natrafiamy też na malarstwo flamandzkie. To już nie tempery, lecz oleje. Medium, które wśród innych zalet, bardzo dobrze oddaje wygląd ludzkiego ciała. Ziemiste barwy, „egzystencjalne” światło północy i szczegółowe scenki wiejskiego życia, epoki, w którym powstawały dzieła, w tle figur świętych. Najbardziej chyba zapada w pamięci ołtarz autorstwa van Goesa, dzieło bardzo znane z podręczników historii sztuki.

 

W miarę upływu czasu, rozwoju malarstwa, deskę zastępuje płótno napięte na krosna. Tu objawia się geniusz Caravaggio, artysty porywczego, niespokojnego ducha, który jako pierwszy zastosował światło świecy w swoich kompozycjach malarskich. Malarze przestają ujawniać wszystko, co przed ich oczami, część ich scen zaczyna kryć się w mroku. To samo można powiedzieć o portretach pokazywanych w galerii. 

 

O renesansie dużo mówią rysunki prezentowane w Uffizi. Widać w nich pieczołowitość, skupienie nad najdrobniejszymi nawet zmianami światłocienia. Uzupełnieniem waloru jest linia o zróżnicowanym ciężarze. Ten szlachetny kontur jest ponoć zainspirowany sztuką malarstwa na wazach. Widać, że malarstwo renesansowe było bardzo mocno oparte na złożonych, pieczołowitych studiach rysunkowych. Z drugiej strony, renesansowy rysunek jest często stawiany za niedościgniony wzór. Wśród najlepszych z najlepszych rysowników wymienia się zawsze Rafaela. (Dla mnie osobiście rysunki które widziałem w Uffizi, jak i renesansowe obrazy, stały się impulsem do baczniejszego obserwowania subtelnych zmian światła, powrotem do pewnej delikatności.) Pieczołowitość w rysowaniu przenosi się na bardzo długi proces tworzenia obrazów, gdzie farba nakładana jest wiele razy bardzo cienkimi warstwami. W pogoni za realizmem dostrzec też możemy wyścig techniki i technologii, która biorąc pod uwagę warunki i możliwości przypominać może dzisiejsze bitwy na megapixele, rozdzielczości, odwzorowanie kolorów w obrazie technicznym.

 

Renesans pokazuje też (co jest wodą na mój młyn), jak inspiracje, czy wręcz praktykowanie różnych dziedzin sztuki przez konkretnych twórców, wpłynęło na zmiany w malarstwie, tworząc wręcz je niejako na nowo. Znamiennym jest również, że tak znakomita technicznie i oryginalna twórczość powstawała właściwie wyłącznie na zlecenie. Być może dziś zbyt łatwo, jako “nie sztukę” odrzucamy projekty reklamowe, opakowania, plakaty, logotypy? Trzeba jednak zaraz dodać, że sponsorzy ery renesansu (przede wszystkim ród Medicich) stali na wysokim poziomie intelektualnym, mieli dużą wrażliwość estetyczną  i pozwalali swoim protegowanym na wielką twórczą swobodę pełną śmiałych eksperymentów. Poza tym zarówno sponsorzy, jak i miasto, w którym powstał renesans, Florencja, dysponowali -jak na owe czasy- wielkimi zasobami materialnymi.

 

Artysta zaściankowy,

Bartosz Milewski

Podziel się
oceń
1
0



Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

środa, 18 października 2017

Licznik odwiedzin:  169 921  

następny tekst już za:

O moim bloogu

Odsłona literacko-tekściarska Artystów Zaściankowych. O kraju, obyczajach, architekturze, sztuce, a także najnowsze wieści dotyczące działalności grupy. Grupa Artyści Zaściankowi zawiązana z...

więcej...

Odsłona literacko-tekściarska Artystów Zaściankowych. O kraju, obyczajach, architekturze, sztuce, a także najnowsze wieści dotyczące działalności grupy. Grupa Artyści Zaściankowi zawiązana została w marcu 2007 roku przez dwóch studentów krakowskiej ASP, Bartosza Milewskiego i Karola Wilka. Jej skład ulega zmianom. W kręgu ich zainteresowań znajdują się: malarstwo, fotografia, video i inne.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Lubię to

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 169921
Wpisy
  • liczba: 189
  • komentarze: 865
Bloog istnieje od: 3865 dni

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl