Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 764 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Osiem w Solvay'u (Reportaż z finisażu wystawy)

środa, 08 stycznia 2014 23:01
Skocz do komentarzy

 
  IMG_0015.jpg   IMG_0003.jpg
    zdj. Anna Geziuk


  Sześć lat temu o tej właśnie porze Artyści Zaściankowi mieli za sobą już całkiem udany wystawowy debiut. Wpierw wrześniowy, krakowski. Jak się okazało debiut był to podwójny:  zarówno dla grupy jak i dla kuratorki tejże wystawy, Agnieszki Kwiecień. Dwa miesiące później wystawa została powtórzona we Wrocławiu. Wystawy to były fajne. Zwłaszcza towarzysko, a dodatkowo była to też próba uczenia się jak to wszystko działa. Można by te – jak i kolejną w Lublinie, wystawy podsumować cytatem z, wspomnianej tu, Agnieszki Kwiecień (znalazł się on w filmie z relacją wystawy w Krakowie): „Nie wiadomo, czy to na poważnie? Czy to jakiś żart?”.

 

Ona tego nie ma

 

  Do ponownej wystawy w Krakowie szykowaliśmy się od dłuższego czasu. Już w okresie przymierzania się do warszawskiej odsłony p.t. Wschód/Zachód były nieśmiałe rozmowy o tym, że za jakiś czas trzeba by się przypomnieć. A jak już to gdzie? Temat przycichł na jakiś czas. Zajęci byliśmy innymi sprawami. Gdy spotkaliśmy się na wernisażu wystawy „W Polskę Idziemy”, ponownie w Warszawie, temat powrócił. Mieliśmy namierzoną potencjalną galerię. To znaczy galeria sama się zgłosiła do piszącego te słowa, a reszta kolektywu – jak nas określił pan Robert z Solvay'a, się do prośby przychyliła. Po iluś tam próbach udało się umówić i w formie delegacji dotrzeć na spotkanie. Choć prawdę mówiąc tylko po to, żeby pocałować przysłowiową klamkę. Później wybraliśmy się jeszcze raz. To nie był odpowiedni moment. I jeszcze raz. Nie dogadaliśmy się. Bardzo chcieliśmy, by udało się powrót zorganizować w piątą rocznicę debiutu.

 

  Bartek skrupulatnie odkładał obrazy pod kątem przyszłej wystawy (a wcześniej pod kątem obrony doktoratu). Ja do pewnego czasu też, a gdy nadarzyła się okazja, by sprzedać obrazy. Długo się nie zastanawiałem. Wiosną udało się zorganizować spotkanie z kierownikiem krakowskiego Centrum Sztuki Współczesnej. Ustalono, że oni są zainteresowani, nam zaś ich warunki pasują. Nie pozostało więc nic innego jak dogadać szczegóły. Listopad, czy styczeń? Na dwoje babka wróżyła. Co stanie się faktem? Zaczęliśmy nieśpieszne przygotowania. Ja pomału rozplanowywałem nowe obrazy.


Nie bij Laguny!

 

  Solvay zorganizował transport obrazów z Wrocławia. Pojechały wszystkie Milewskiego i jeden Wilka – miał szczęście znajdować się w tym okresie w jednej z wrocławskich galerii sztuki. Reszta obrazów miała dotrzeć inną drogą. Sam miałem je dowieźć własnym autem, bo osiem prac ciężko było nadać pocztą – gabaryt i ciężar dla nich nie odpowiedni. Galeria wymyśliła, że nasza obecność na montażu nie jest niezbędna, ale my mieliśmy inny pogląd.

 

  Na szóstego listopada, na godzinę jedenastą ustaliliśmy termin zbiórki w Solvay'u. Wyruszałem o piątej rano. Gdy na zewnątrz było mroźno i ciemno. Do świtu pozostała jeszcze chwila. Zrobiłem okolicznościową fotkę na podjeździe i ruszyłem swoim autem w podróż do Krakowa. Niestety nie ujechałem daleko. Jakieś 20-25 km od domu dowiedziałem się, że warto mieć o tej porze roku dobre opony. Barierka - Laguna. Wynik tej rozgrywki to 1:0. Niestety dla barierki. Szczęściem w nieszczęściu nic mi się nie stało. Jednak bez reflektora jechać się nie da w taką podróż.

 

  We Wrocławiu Ania i Bartek dopiero ogarniali się i szykowali do wyjazdu, gdy otrzymali informację, że moja podróż tego dnia już się chyba zakończyła. Niestety innego auta na ten dzień nie udało mi się załatwić. Atmosfera stężała. Dopiero następnego dnia udało się zorganizować transport prac do Krakowa.

 

  Wystawa wystartowała z lekkim poślizgiem 13 listopada. Pewna w tym zasługa miasta Kraków, które w tak dużym ośrodku kultury postanowiło oszczędzić na obsadzie. To nigdy nie wróży niczego dobrego.

 

  Galeria starała się jak mogła. Pracowali ponad siły. Prowadząc Centrum Sztuki, organizując zajęcia czy po prostu dbając o całość. Duża sala wystawowa zapewniała duże możliwości. Kuratorem został Pan Robert Kardzis. To on decydował o ilości, rozmieszczeniu i wyborze prac. Efekt końcowy nam nawet odpowiada. Mamy drobne zastrzeżenia, a to coś się nam nie podobało, a to zrobilibyśmy coś inaczej. Ale tak być musiało.

 

  Trzeba przyznać, że lokalizacja galerii dawała naprawdę duże możliwości do reklamy zewnętrznej, która miała szansę dotrzeć do ludzi. Jednak wiadomo z pustego to i Salomon nie naleje.

 

Paździerz najlepszą dekoracją miejską.

 

  Na finisaż ostatecznie postanowiłem udać się komunikacją zbiorową – moja Laguna nadal pozostawała pobita. Ruszałem z zapasem czasu – wiadomo licho nie śpi. Punktualnie, wg rozkładu znalazłem się w Krakowie. Wjeżdżając od strony Nowej Huty, zauważyłem brak wielkiego pisiora w kombinacie (jak Bartek zwykł określać pewien niewielki raczej, dymiący komin, rzeczywiście o zbliżonym do fallicznego kształcie), teren sprawiał wrażenie bardziej uporządkowanego, a i droga była jakby mniej dziurawa

 

  Miałem jeszcze ponad trzy godzin do rozpoczęcia końcowego wernisażu. Trzeba było coś z tym czasem zrobić. Na początek rozejrzeć się nad tym czy tramwaj na Zakopiańską nadal odjeżdżają z tego samego przystanku co kiedyś. I najważniejsze, czy jest to nadal taka sama linia?

 

  Z perspektywy RDA Kraków sprawia wrażenie, jakby zatrzymał się w miejscu. Wejście do podziemi Szybkiego Tramwaju nadal zastawione jest płytami paździerzowymi, na których widnieje żółta tablica informująca o budowie w tym miejscu nowego dworca kolejowego. Hmm w 2010 czy 2011 też tu stała. Paździerz podobnie. No tak, Krakowski pośpiech. Pewnie – jak stwierdził później Bartek - zaczęli, a następnie zrobili sobie przerwę, która nieco się przedłużyła. Cóż trzeba wszystko na spokojnie ustalić, przemyśleć, a to też zajmujące zajęcie. Ci co nie muszą koncepcyjnie myśleć nie wiedzą jakie to może być czasochłonne.

 

  Galeria Krakowska, stoi jak stała, tylko kolejki do toalet się zwiększyły. Kiedyś były tylko do damskich, teraz do męskiej są takie, jak kiedyś do damskich, a do tych drugich już prawie pod Barbakan.

 

  Przystanek przy Galerii Krakowskiej stoi jak stał. Jak zwykle zatłoczony. Hmm, jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nie ma już linii 19. Z jeżdżących tędy kilka lat temu pozostała jedna, 3-ka. No to skąd się teraz jeździ w tamtym kierunku skoro nie z Pawiej? Może z Lubicza?

 

  Tak! Sukces! Co 20 minut z Lubicza. No to teraz można udać się na mały rekonesans po mieście. Cóż, Plac Matejki w końcu nie szpeci. Po remoncie prezentuje się bardzo przyzwoicie. Na Akademii, naszej Alma Matter, ciemno. Gdzie Ci wszyscy młodzi malarze, siedzący w pracowniach do późna? Na Floriańskiej - tłumy. Pojawiły się nowe hostele. Na Rynku Wielkim w końcu zobaczyłem efekt remontu sprzed kilku lat, gdy tworzono podziemne muzeum pod jego płytą. Szklana piramida? Jakże oryginalnie! Kamienica w której znajdował się EMPiK, zakryta jest płytą paździerzową, na Grodzkiej… płyty paździerzowe. Wracam na Lubicz. Podjechała 10-ka. Tramwaj z zachodniego demobilu. Jakże pasuje do tego miasta! A w środku dużo lokalnej gwary, studentów i gorąco jak w saunie.

 

  Za chwilkę Zakopiańska. Dzwonię do Bartka, który podróżuje właśnie z Anią i ośmioletnim już prawie Antkiem. Oni też na Zakopiańskiej. Wysiadam na przystanku Solvay, a do przejścia dla pieszych kawał drogi. W obie strony. Ekrany uniemożliwiają przejście między stojącymi w korku samochodami. Czyli trzeba było wysiąść na przystanku Borek Fałęcki. Byłoby szybciej.

 


Jesteście jak paparazzi, z tymi aparatami.

 

  Do początku imprezy została jeszcze chwila. Wykorzystujemy ją na zdjęcia. Każdy ma aparat. Ja najsłabszy. Najmniejszy. A im Zaściankowy mniejszy tym większy ma aparat. Zdaje się, że peszyło to trochę przybyłych za wcześnie gości. Oświetlenie sali trochę słabe, a dwa piętra wyżej w tym samym czasie ma mieć miejsce inny finisaż, włosko-polski – to chyba im zorganizowano transport obrazów z Wrocławia, dzięki czemu i nasze miały darmowy dojazd. Wypada zatem podziękować panu Angelo i jego polskiej towarzyszce.

 

  Poznaliśmy ich, na kanapie przed sekretariatem CSW. Nie ma co ukrywać, że ten kto się już wdrapie na górę albo tam zostanie – by pić włoskie winko i oglądać prace w tej małej w sumie salce raczej nie wróci na dół by spróbować zaściankowego winka wśród naszych obrazów.

 

  Ludzie przychodzą i odchodzą. Kurator, a zarazem autor naszej wystawy, decyduje, że my zaczynamy jako pierwsi, by następnie przenieść się na górę i tam zrobić podobne zamknięcie.Po otwarciu/zamknięciu oficjalnym naszego finisażu z tradycyjnym posłowiu od Nas – co zostało uwiecznione na zdjęciach wideo, zaproszono gości na górę. My również się tam udaliśmy.

 

  Później zaściankowi powrócili do siebie. Robili zdjęcia. Jedno z panem Robertem, który stwierdził, że będzie robił za misia z jednego z pierwszych zaściankowych zdjęć. My, jak to my, skorzystaliśmy z okazji i zrobiliśmy sobie przystojne zdjęcie grupowe. Trwało to długo, nawet dość długo. I było momentami zabawne. Żartowałem, że satysfakcjonujące ujęcie powstanie jakoś za pięć godzin. Z górką. Nie, nie było tak źle. Po chwili było gotowe odpowiednie ujęcie. Chyba jest to kolejny dowód na to jak bardzo czas upłynął. Zmieniliśmy się. Jednym ubyło włosów, drugim urosło czoło. Kogoś innego już nie ma, a ktoś inny jest.

 

Po angielsku lub w ogóle

 

  Na koniec wypadałoby ocenić dzieła zebrane, na tej wystawie. Już na początku przygotowań pojawiły się problemy. Wrocławski oddział zaściankowych dość mocno martwił się pracami oddziału lubelskiego. Martwił się tym, czy będą to porządne obrazy. Zaraz, zaraz! (Tu odrobina prywaty) Przecież zawsze tak było, że miałem odpowiednie obrazy. Patrząc z perspektywy lat, mam co prawda zastrzeżenia do niektórych swoich prac. Ale podejrzewam, że Bartek ma pewnie podobnie.

  

  Dostarczone na montaż obrazy okazały się odpowiednio dobre. Przyznał to nawet sceptyczny dotychczas Bartek. Ja większość obrazów Bartka widziałem już wcześniej chociażby na reprodukcjach. Moim zdaniem reprezentują typowy dla niego poziom. W sumie, żaden obraz nie wyróżnia się negatywnie. Fajnie prezentowały się zwłaszcza obrazy, które można by określić jako lubelskie. Widnieje na nich m.in. lubelski Dworzec Autobusowy, czy Zamek. Są obrazy z miasta, w którym trzeba uważać na pobocza, bo lubią wyłaniać się z nich niespodziewanie inne auta, powodując duże zagrożenie. Mowa o Starachowicach. Z jednego zerkał na zgromadzonych w sali umiłowany przez wielu towarzysz Edward.

 

  Są obrazy z pięknym Autosanem H-9, czy wozem strażackim. Ja przeciwstawiam im obraz z Trabantami, dziwnie znajomymi. Czy też wizerunek Syreny 104 i Łady 2107. Jest nawiązanie do filmu „Rush” Rona Howarda, czy pierwszy obraz z rodzinnym Chełmem – najsłabszy z zaprezentowanego zestawu. Powstający w kratkę od 2009 roku. Gdyby nie moja żona, pewnie nigdy bym go nie skończył. I pozostałby w takiej formie jak na jednej z zajawek wystawy, na facebookowym page'u CSW Solvay. Ponoć po poprawkach jest lepszy, tyle można o nim powiedzieć.

 

  Na wystawie prezentowaliśmy znaną już z bloga historie grupy – na słupie, wzbogaconą o zdjęcia dokumentujące – na kolejnym. Poza tym nasze obrazy przeplatane były zdjęciami Ani. Jakże współgrającymi z zaprezentowanymi na płótnach.

 

  Każdy obraz został podpisany. No właśnie, czy aby na pewno? Czy aby poprawnie? Doszło do kilku nieporozumień. Jeden (mój) nie został podpisany – choć na odwrocie posiada tytuł. Bartka podpisane zostały tytułami angielskimi, choć miały też polskie tytuły. Angielskie były zamieszczone pod polskimi na jego stronie internetowej. Ani zdjęcia podpisano ogólnie jako: fotografie Anny Geziuk. (Choć znalazło się wśród nich również zdjęcie autorstwa Bartka, przedstawiającego jakże barwny sklep znanej sieci spożywczej.) Bez podania niczego więcej. Natomiast o podpisach zdjęć dokumentacyjnych zapomniano w ogóle. Cóż, takie tam niedopatrzenie, które może wynikać poniekąd z tego, że miasto podchodzi do tych spraw tak jak podchodzi i ekipa jest masakrycznie zapracowana.

 

  Dodać też należy, że Solvay wydał okolicznościowy folder. Bardzo poprawny, ładny, co do którego można jednak czuć pewien niedosyt. Dlaczego tak to sformatowano, dlaczego takie obrazy, a nie inne, a jak już te to czemu nie podpisane? Przynajmniej nazwiskiem autora?

 

  Na zakończenie chciałbym w imieniu całej grupy podziękować ekipie CSW za wszystko. Rozumiemy, że staraliście się z całych sił. Że robiliście co mogliście, by było jak najlepiej w zaistniałych okolicznościach. Drobne potknięcia zdarzają się każdemu. Wszystkim tym, którzy wystawę widzieli dziękujemy za to że zechcieli poświęcić swój czas, by obejrzeć to co tam przedstawiliśmy.

 

  Rozumiemy, że finisaż to finisaż – nawet jak tak do końca nie jest zamknięciem wystawy (została ona przedłużona do, co najmniej 6 grudnia) i rządzi się on swoimi prawami. Tym nie mniej frekwencja mogłaby być nieco wyższa. Może się tylko czepiam.

 

Do zobaczenia zatem następnym razem.

 

  artysta zaściankowy
     Karol A. Wilk


  _DSC6397bartek.jpg   _DSC6375.jpg  
    zdj. Bartosz Milewski                                                          zdj. Anna Geziuk


 

Kilka słów od Bartka

 

 

 

  Często mi się wydaje, że na dwóch krańcach naszego kraju czas płynie inaczej. I mam takie wrażenie właściwie od momentu, kiedy w różnych „wschodnich” polskich warsztatach utknął mój samochód, dobrych kilka lat temu. Wyjechał z warsztatu, potem eksplodował mu silnik, więc zaraz znów wrócił. Coś tam miało być zrobione na pewno, ale „Panie, mechanik imieniny miał właśnie, na jutro już na pewno będzie.” Nie było. A później jeszcze raz nie było. A jak było, to chcieli pieniądze, za to co schrzanili. Sprawa ciągnęła się tygodniami. Auta doglądał Karol. Oczywiście naprawiał po znajomości, bo tak trzeba. Lepiej załatwić coś w miejscu, gdzie bratanek kolegi szwagra ciotki koleżanki ojca z podstawówki robi. W końcu tam pojechałem i postraszyłem sądem. Skutecznie. Mimo to wracałem przez całą Polskę wciąż tracąc (i dolewając) płyn chłodniczy, a właściwie wodę. Dopiero we Wrocławiu po kilku sekundach mechanik stwierdził: „korek ma rozwaloną uszczelkę, co tu kwadratowych jajec szukać, kup pan korek i pewnie problem zniknie”. Nawet mi nie policzył za tą fachową poradę. Kupiłem korek, problem oczywiście zniknął.

 

 

 

  Ale, jak w tamtych stronach mają ugościć, to serce na talerzu wyłożą. Bardzo gościnni, serdeczni ludzie. Wiem, bo sam mam tam rodzinę, co prawda już trochę dalszą i trochę bardziej na zachód. Trzeba więc na sprawy spoglądać trochę szerzej.

 

 

  

  Zwłaszcza, że Lublin, jak mi się wydaje, rodzi ciekawe malarstwo, czego jakoś nie mogę odnaleźć w rodzimym Wrocławiu. Oczywiście patrzę na sprawę statystycznie, nie jednostkowo. Zmartwiony komunikatami typu „obrazy będą, będzie Pan zadowolony, ale na razie nie ma, bo szwagier wujka ciotki bratowej miał pilną sprawę i musieliśmy pojechać do Warszawy przez Białystok, bo akurat przecena na ekogroszek była dwa grosze na kilogramie” z duża dozą niepewności podchodziłem do rezultatów kolejnej odsłony wspólnej wystawy. Widziałem wcześniej reprodukcję jednego obrazu autorstwa mojego szacownego kolegi, który wprawdzie bardzo przypadł mi do gustu, jednak inne zobaczyłem dopiero na finisażu. I muszę powiedzieć, że odetchnąłem z ulgą: „fajne” (kolokwialnie mówiąc), ciekawe prace, kogoś kto zmaga się, poszukuje i wynajduje swoje rozwiązania. Dobrze wróży na przyszłość.

 

 

 

  Frekwencja w Solvayu wcale nie była taka zła, jak mój szacowny kolega pisze. Finisaż to finisaż, jestem pewien że spora grupka miała wcześniejszą okazję (mam nadzieję, że raczej przyjemną) zapoznać się z pracami. Chociaż PR był cichy, dyskretny – wielkie szkoda, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogrom przygotować i koszta jakie musieliśmy ponieść przygotowując wystawę. Przyznać trzeba jednak, że Pan Robert jest bardzo sympatyczny, komunikatywny i na rzeczy się zna. Odkryliśmy też, że interesuje się fotografią, co doprowadziło do długiej rozmowy pomiędzy nim i Anią, do której też swoje trzy grosze wtrąciłem, zaś Karol do tego dorzucił jeszcze jeden grosik.

 

 

 

  Co do mojej prywatnej opinii dotyczących własnych obrazów zaprezentowanych w Solvayu: część z nich oceniam wysoko. W przypadku niektórych mogłem trochę mniej dać się ponieść pewnej wprawie, którą zacząłem u siebie zauważać. Bałem się odpicowywania w nieskończoność tego, co byłem w stanie spontanicznie osiągnąć. Może tak musiało być. Moje dawniejsze prace wykonywane były z wielkim wysiłkiem nieco mniej wprawnego malarza. Przez ten włożony niegdyś wysiłek patrzenie na wiele moich wcześniejszych prac sprawia mi, w dalszym ciągu, przyjemność. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że „kiedyś to ja dopiero malowałem.” Już po wystawie znowu zacząłem męczyć się malując (zobaczymy więc, jakie będą rezultaty, myślę że niezłe). Nie mniej zresztą, niż podczas kończenia pewnego filmu, nad którym praca jest wyniszczającą torturą (piętnaście minut, dwadzieścia sześć złotych budżetu, praca i nauka na wielu, wielu polach filmowego rzemiosła i artyzmu, mnóstwo czasu, niedostatecznie dobry sprzęt). Może powiedzą „łał”, co za ujęcia (w końcu nie tylko operator ale i malarz je robił, nie w kij dmuchał), ale ja będę zawsze wiedział, co by mogło być, gdyby były środki, gdyby statyści nie spieszyli się na autobus, gdyby, gdyby, gdyby. No i cierpię. Mam nawet wszystkiego serdecznie dość. I jest to chyba czasem jedyna droga. Dokończę korektę barwną, jakieś tam poprawki w montażu zrobię i chyba będzie na tyle. Piętnaście minut filmu.

 

 

 

  Na wystawie były też zdjęcia Ani. To jest taka wschodząca gwiazda, której fotograficzny biznes coraz bardziej się rozkręca, która zbiera świetne opinie, w pełni zasłużone. Interesuje się głównie fotografią mody, ale jest i fotoreporterem, poza tym – osoba fotograficznie wszechstronna. Jej prace ujmą to lepiej niż ja: http://ophoto.pl/ .



  artysta zaściankowy

  Bartosz Milewski

 


  _DSC6356.jpg   _DSC6352.jpg

    zdj. Anna Geziuk


  Foto edycja zdjęć : O! photo. Więcej zdjęć z finisażu już niedługo na naszym Facebook'u 

Podziel się
oceń
3
1



Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

środa, 18 października 2017

Licznik odwiedzin:  169 919  

następny tekst już za:

O moim bloogu

Odsłona literacko-tekściarska Artystów Zaściankowych. O kraju, obyczajach, architekturze, sztuce, a także najnowsze wieści dotyczące działalności grupy. Grupa Artyści Zaściankowi zawiązana z...

więcej...

Odsłona literacko-tekściarska Artystów Zaściankowych. O kraju, obyczajach, architekturze, sztuce, a także najnowsze wieści dotyczące działalności grupy. Grupa Artyści Zaściankowi zawiązana została w marcu 2007 roku przez dwóch studentów krakowskiej ASP, Bartosza Milewskiego i Karola Wilka. Jej skład ulega zmianom. W kręgu ich zainteresowań znajdują się: malarstwo, fotografia, video i inne.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Lubię to

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 169919
Wpisy
  • liczba: 189
  • komentarze: 865
Bloog istnieje od: 3865 dni

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl